Ja i mój blog.
To ostatnio nie idzie ze sobą w parze. Nigdy nie mam czasu
albo inaczej mówiąc energii na napisanie czegoś sensownego.
A jak już mam pomysł to komputer wyłączony albo już leżę w łóżku
J
Dzisiejszy post będzie o moim powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim.
Jak każdy z nas wie wszystko co dobre szybko się kończy. Ja
i tak bardzo się cieszę, że mogłam być ze swoim synkiem w domu cale 10 miesięcy.
Nie każdy pracujący w UK ma taka szanse.
Ale zacznę od początku.
Moje macierzyńskie rozpoczęło się z dniem 13 marca 2014 jak mieliśmy
fałszywy alarm z Filipkiem. Był to przedostatni dzień mojej pracy, ale okazał się
ostatnim.
Dokładnie dwa tygdonei później tuliłam swoje Male Słoneczko.
I tak mijały tygodnie, miesiące. Niby zwykła rutyna: śniadanie,
spacer, obiad, spacer i wieczorem jak było ładnie to tez spacerowaliśmy. Gdy dni
zaczęły się robić krótsze, a wieczory chłodniejsze to przeważnie był jeden długaśny
spacer. Ale mam nadzieje, że jak tylko przyjdzie wiosna to wrócimy do naszych wędrówek
J
I tak minęły nam razem 43 tygodnie. I mama od poniedziałku wróciła
do pracy.
Pierwsza popołudniowa zmiana była jak męczarnia. Pierwsze godziny
ciągnęły się w nieskończoność i tylko cały czas myślami byłam czy Filip nie płacze,
czy wszystko w pozadku.
Ale przecież on jest z moim bratem a swoim ukochanym
wujkiem. Przecież wujek nie widzi poza nim świata i nie pozwoliłby, aby maluch płakał.
Po prawie dwóch godzinach w drzwiach recepcji staje Filipowy
tata, wujek i on sam. Zaspany że ledwo patrzy na oczka…. Tak, tak Filipek był tak
zmęczony całym popołudniem bez drzemki, że po prostu zdecydował się zasnąć u
wujka.
Przyznam się, kamień spadł mi z serca jak go zobaczyłam. Zero
łez, zero jakiegokolwiek smutnego grymasu. Mój synek poradził sobie bez mamy i
jestem z niego bardzo dumna.
Tak oto mój synek usypiał a wujek sobie domalowywał różne rzeczy do niego :)
Dziś jakoś naszły mnie myśli ze nie wiem czy nie tracę za dużo.
Czy aby na pewno ten czas co jestem w pracy nie jest tym czasem który powinnam spędzić
w domu z Filipem? Ale pewna Ania uświadomiła mi że nasi rodzice jak my byliśmy mali
również pracowali, również mieli obowiązki w domu (pranie, sprzątanie,
gotowanie itp.), a jednak zawsze znaleźli czas, aby się z nami pobawić, poczytać
książkę czy pójść na spacer. To dzięki nim wyrośliśmy na takich ludzi, jakimi jesteśmy
na chwile obecną.
Jestem twarda, dam rade i pokaże ze nawet to, że dwa razy
tygodniu nie przytulę synka na dobranoc nie zrujnuje tej więzi, która nas łączy.
Jestem i będę dobrą mamą, która będzie miała czas na wszystko. Na spacer, na zabawę
i na poleżenie razem na łóżku J